Ona to tylko myśl

Czasem, w dni takie jak dzisiejszy, patrzę na siebie oczami tamtej siebie. Pełnymi obelg, wyzwisk, nieprzyjemności skierowanej na mnie samą. Nie znoszę tego stanu, myśli rozsadzających moją czaszkę. JEJ krzyku na moją osobę… Jej próśb o "ponowne zaakceptowanie zaproszenia"… kasuję, nie chcę… "nie lubię tego"…
Zabrała mi tak dużo… tyle lat… a ciągle chce powrócić.
Nie zgadzam się!
Zamykam mocno oczy, wyciskam setki łez… to nic złego…
"Odejdź, odwal się… odpier..l"- krzyczę głośno w myślach i wiem, na serio wiem, że ona mnie słyszy… nie, ona nie jest realna i głosów też nie słyszę, easy, to nie tak…
To te myśli, przez które choroba chwyciła nas w swoje szpony. Brak akceptacji siebie, niska samoocena, przerost ambicji… znajome? A jakże… każdy kto spotkał się z anoreksją wie o czym mówię… te myśli zaśmiecają nam głowę, wracają, żeby trochę narozrabiać. Ja mam łatwiej… ja już wiem, że to TYLKO myśli, brednie, głupoty, smutasy… ja już wiem, że dziś po prostu mam gorszy dzień. Że jutro znów spojrzę oczami pełnymi akceptacji, uśmiechnę się i pójdę przed siebie. Że jutro spojrzę na Zoszę i mój świat znów nabierze kolorów. Że przypomnę sobie, że przecież jest lato, a ja kocham lato. Że pójdę do pracy, a ja kocham pracę. Że zadzwonię do Przyjaciółki i przytulę Męża.
Ja to wiem.
Ale dziś, tak zwyczajnie, wyję do poduszki, bo ta głupia suka chce mnie obrazić. Dziś jej się udaje, jutro to ja wyciągnę asa z rękawa.
Nie, droga anoreksjo… znów się pomyliłaś…
Nie wrócę, bo szczęścia jest ogrom na świecie… A Twoje pieprzenie jutro minie, może nawet minęło w trakcie pisania tego tekstu.
Jesteś tylko myślą.
Znikasz- gdy zajmę się czymś innym.
Znikasz – gdy mówię, że zatrzasnęłam za tobą drzwi, a klucz znów wywaliłam….
Fuck off…

Wredna ona…

Nie lubię jej… tej czarnej chudej suki, której biadolenie słyszę do dnia dzisiejszego. Nie lubię, gdy myśli, że chcę jej słuchać.. w sumie „nie lubię” jest zbyt delikatne… dziś powiem- nienawidzę jej…

Dlaczego?

Gdy byłam siedemnastoletnią dziewczyną zapukała do mych drzwi. Przytuliła, gdy tego potrzebowałam, powiedziała „damy radę”, a ja tak strasznie chciałam w to wierzyć. Wyciągnęła po mnie swoją dłoń, a ja posłusznie przybiłam piąteczkę nie bacząc na to, że to szpony… Wślizgnęłam się w jej objęcia bez pardonu i z chęcią naprawy rzeczywistości, z chęcią naprawy samej siebie. Odstawienie słodkości było zbyt błahe, więc poleciałam z prądem. Nie było to dla mnie problemem. Żadnym. Zabraniała coraz więcej. Chwaliła, gdy zjadłam mało, darła się, gdy było tego za dużo (w jej mniemaniu za dużo, to ziemniak i marchewka na obiad, przed którym śniadania nie było). Krzyczała, a ja płacząc przyrzekałam jej, że do końca dnia nie tknę już nic więcej. Cieszyła się, wybaczała. 

Przemocowa wredna małpa…

Ktoś powiedział, że „to zła kobieta była”… Najpierw jedna osoba, druga… wreszcie sama to ujrzałam. Bałam się, cholera, tak strasznie bałam się, że za późno, że już zaciągnie mnie do grobu…

Ale byli ONI… wszyscy Ci co być chcieli i być mogli. Wszyscy Ci co Danuśkowym zwyczajem, zarzucili mi na lico białą szatę z okrzykiem na ustach „moja ci ona”. Nie oddali mnie, choć kostucha ciągnęła już do siebie coraz głośniej wykrzykując te wszystkie obelgi:

– wyglądasz jak świnia

-jesteś gruba

– zaprzepaściłaś wszystko

A za chwilę skamlała:

– wróć, przepraszam, pomogę ci w dojściu do wagi (tej najniższej oczywiście)

– jeszcze wyjdziesz na ludzi

-kilka kilogramów mniej i będzie okej.

Jezu! Jak ja jej strasznie nienawidziłam… a jak chwilami za nią tęskniłam. Ale w dniu kiedy podjęłam walkę z chudym potworem, wiedziałam, że go pokonam. Wiedziałam po prostu, a skąd? nie wiem…

Dziś to ja wyciągam dłoń i przybijam piątki, ale po jasnej stronie mocy. A paznokcie mam krótkie, nie kłują…

Kilka lat później…

Tak, wyszłam z anoreksji kilka lat temu. Jestem czysta, nie chudnę, a przynajmniej jeśli chudnę to nie z zamiarem chudnięcia. Tak, lubię siebie, akceptuję, kocham. Tak, moja samoocena w porównaniu do mnie sprzed 8 lat wzrosła pewnie o kilkaset procent. 

Jest jednak kilka „ale”…

To, że wyszłam z anoreksji, to że czuję się zdrowa, nie upoważnia nikogo do oceniania mojego wyglądu…

To, że dziś kocham siebie nie znaczy, że nie boli gdy mówisz o mojej wadze…

To, że akceptuję siebie i mój wygląd nie znaczy, że chcę słuchać, że ktoś jest piękniejszy…

Jestem kobietą… 

Bo tak!!!

Ps. Dla Ciebie Asio ❤

Zofka

Słucham właśnie audiobooka. Sprzedawca arbuzów, Marcina Mellera. Dopiero zaczęłam, a że łzy zaczęły cieknąć jak głupie ( a teraz cieknąć nie mogą, bo za chwilę mam pacjentkę), chwilowo zastopowałam, bo pod wpływem rozdziału "Kąpiąc Gucia", przepełniła mnie wielka ochota na opisanie mojej miłości, największej i niewyobrażalnej Miłości do mojej Małej Zofki…

Zofka ma już 14 miesięcy i jest oczywiście największym Cudem jaki mnie spotkał…

Z moim Mężem o dziecko walczyliśmy długo. I, nie bez przeciwności losu, pewnego dnia, wyniki krwi pokazały, że nasze starania, nasz ból, mój pokłuty brzuch przyniosły upragniony efekt. Dla każdej pary, która miała problem z zajściem w ciążę wyjaśnię inaczej- beta była na poziomie 8 z hakiem… to było nasze pierwsze podejście do in vitro. Pierwsze, dlatego tak bardzo bałam się ucieszyć. Wierzyłam już w inseminację, a tam był klops, więc czemu teraz miałoby się udać… Na betę biegałam co drugi dzień. Mój lekarz ( najlepszy zresztą na świecie) śmiał się, za każdym  razem jak mnie widział. Pielegniarki nie miały gdzie się wkłuwać, choć mnie już nic nie bolało, oprócz myśli: co jeśli to sen… (kurcze, miałam nie wyć)… I wtedy poszliśmy na pierwsze Usg, i wtedy zabiło serduszko…i uwierzyłam… Postanowiłam, że zrobię wszystko, żeby utrzymać moje Marzenie… Brałam masę leków wciąż, ale wiedziałam, że już będzie dobrze…

Pamiętam jak poszliśmy na badania genetyczne i usłyszeliśmy, że to córka. Pamiętam jak mój Marynarz spojrzał na mnie wtedy z lekkim przerażeniem i rzucił "to się staje coraz bardziej realne"… pamiętam pierwsze ruchy i to gdy wreszcie Ją zobaczyłam… i wtedy mój świat był już naszym światem… i wtedy wszystko inne zeszło na drugi plan. Na pierwszym była już nasz Trójka… 

Nigdy nie przypuszczałam, że można tak kochać. Nigdy nie wiedziałam, że Miłość może przybrać formę tak małej istotki… 

To nie jest tak jak kiedyś myślałam, że kiedy urodzę dziecko, mój świat się zmieni i zatracę siebie. 

Jestem.

Jestem świadoma,

Jestem mądrzejsza,

Jestem piękna… 

Dałam życie. Dałam miłość. 

I teraz już wiem, że nigdy nie można się poddać. Nawet jak jakiś inny biały fartuch powie, że będzie bardzo trudno. 

Warto wierzyć.

Teraz gdy moja Mała Dziewczynka łapie mnie za rączkę i prowadzi z jednego pokoju do drugiego w naszym malutkim mieszkaniu na poddaszu, jest to lepszą wycieczką i daje o niebo więcej wrażeń niż Kanary, Malediwy czy inne Karaiby…

Nasza Kochana Zofko, super, że to nas wybrałaś…

Kiedy wygrałam?

Siedząc dziś w swoim własnym gabinecie, czekając na pacjentkę, która pojawić się nie zapragnęła, po wspaniałym spotkaniu, z cudownym Dziewczęciem, które w śnie walczyło ze swoim własnym potworem, zaczęłam rozmyślać kiedy ja pokonałam anoreksję…

I dopiero dziś do mnie dotarło… To nie było wtedy, gdy wyszłam ze szpitala, to nie było wtedy, gdy zjadłam pierwszy raz posiłek z rodziną, to nie było wtedy kiedy zjadłam pierwsze ciacho ani wtedy gdy zapomniałam ile ono miało kalorii…

Wygrałam gdy pokochałam siebie. Gdy zaakceptowałam niedoskonałości. Gdy zachciałam zdobywać więcej wiedzy. Gdy poczułam szczęście… 

Wtedy właśnie wygrałam życie…

Moje Bohaterki…

Dziś będzie inaczej, dziś nie będzie o mnie… Dziś będzie o moich Nowych Bohaterkach, które całkiem niedawno przywitały się ze mną pierwszy raz. O dwóch wspaniałych dziewczynach, które nawiedziła pewna czarna chuda ona… Anoreksja…

Przyszły, bo były zagubione, bo nie lubiły siebie, swojego wyglądu, wciąż twierdząc, że są za grube…Były chude… Wychudzone… Skrajnie wychudzone… Jedna patrzyła na mnie podejrzliwie ( w końcu kolejny psycholog, MASAKRA), druga z nadzieją( Ktoś także mi bliski, powiedział, że to przeszłam, że czemu nie spróbować)…Obie przepiękne, przeambitne. Cholernie inteligentne, choć tak strasznie strasznie młode… Obie miały wsparcie, ogromne wsparcie w postaci jednej bądź większej liczby „wsporników rodzinnych”…

Gadałyśmy jak było u mnie, jak jest u nich. Jak wygląda to teraz… Kim jest ta chuda czarna baba, która gada takie straszne brednie, która ciągle podszywa się pod przyjaciela, mówi, że chce dobrze… A tak naprawdę… Po cichu zabija… Zobaczyły, że ja też ją (tę chudą małpę) znałam, że słyszałam… Że wzbudzała we mnie takie samo poczucie winy jak teraz wzbudza w nich… Że ona jest oszustką, żadną tam przyjaciółką, koleżanką czy inną znajomą… Wydaje mi się, że powoli zaczęły rozumieć w którą stronę pójść, jak ją uciszyć, ogłuszyć… Zlikwidować. 

Zaczęły walkę- z nią, ze sobą, z liczbami w postaci kilogramów na wadze czy kalorii… Starałam się im wytłumaczyć, że są bardzo ważnymi osobami, żadnymi tam liczbami… Że potrzebują energii a nie kalorii… A energię czerpie się  z życia, z cudownych ludzi i miłych chwil. Ale żeby mieć werwę i chęci- muszą jeść…

Dziewczyny!!! Trzymam za Was kciuki strasznie mocno i wiem, że zrobiłyście już gigantyczny krok ku zdrowiu, spełnianiu marzeń… Gorsze dni, gorsze myśli będą czasem wracać jeszcze przez jakiś czas… Ale dacie rade… Ja byłam tam gdzie Wy, udało się, Wam też się uda…

Ps. Nie mogę się doczekać spotkania… I choć Wy wcale się nie znacie, pamiętajcie, że damy radę… Wspólnie…

Rodzina i ana

Nie wiem jak przetrwali moi Rodzice wiedząc, że mam anoreksję. Nie wiem, bo sama nie wiem jak bym przyjęła taką wiadomość będąc dziś mamą.

Pamiętam spacer nad morzem i to, że poinformowałam, że choruję. Nie wiedzieli co to, nie znali tej choroby. Może gdzieś słyszeli, może coś się Im obiło o uszy. Ale te kilkanaście lat temu mało kto się tym interesował. Pamiętam, że wydzwaniali, pytali co jadłam, a czemu tak mało, potem zabrali mnie z obozu- wychowawcy się o mnie bali… Chodzenie po lekarzach, co z tym fantem zrobić??? Wkrótce endokrynolog skierował do szpitala. Miałam chyba szczęście, że do pełnoletności brakowało mi kilku miesięcy. Trafiłam na oddział endokrynologiczno- diabetologiczny… Oprócz, raz na tydzień rozumiejącej psycholożki, nikt nie miał pojęcia jak z nami się obchodzić…

Rodzice byli codziennie. Pamiętam Mamę, która rozgrzewała mi wiecznie  zmarznięte łapy i zakrywała po uszy wyziębione ciało. Pamiętam Tatę, który, mimo że ciągle nie rozumiał jak można nie móc jeść, wspierał i był. Na tamten czas zrobili wszystko co mogli. Nie było terapii rodzinnych, nikt nie chciał gadać z rodziną anorektyczną, jakby anoreksji wcale nie było, jakby był to wymysł…

Pamiętam gdy trafiłam do szpitala i usłyszałam słowa „kolejna anoreksja przyszła”; potem pierwszy posiłek ( 5 kromek chleba) i teksty piguł „cierp ciało jak żeś chciało”… I w tym wszystkim ja… My… Bo nas- „kolejnych anorektyczek”- było wtedy dwie…

Pamiętam kiedy mój lekarz oglądał moje zjedzone od wewnątrz ciało i mówił, żebym coś ze sobą zrobiła, że mam brzydkie ręce, zwiotczałe mięśnie. I w tym wszystkim JA… Chora na anoreksję nastolatka… Heh, teraz dopiero zauważam ten cały absurd i, bądź co bądź, trochę też komizm sytuacji..

Zastanawiam się czy lekarze nie widzieli czy nie chcieli widzieć tych   wszystkich sztuczek jakie podsuwała nam do głów „złodziejka życia”, żeby oszukać wagę, żeby wyprowadzić w maliny ich… Niedobre to były czasy na wychodzenie z tej choroby. I ponoć wcale bardzo się nie zmieniły… Nie każdy chce dziś zrozumieć, nie każdy chce pomóc…

Koniec narzekania 😄

Myślę sobie czasami, że musiałam być cholernie twardą nastką, skoro w takich warunkach, z tak małym wsparciem psychologicznym i z takim podejściem personelu medycznego, dałam radę. Myślę, że moja rodzina zdała egzamin na szóstkę…

Bądź co bądź, mimo że po pierwszym wyjściu ze szpitala nie wyzdrowiałam tak od razu, mimo że ciągnęło się to za mną tyle lat, mam dumę z siebie i z mojej rodziny, że przeszliśmy to wszystko. Może nie do końca bez blizn, bo ana zawsze pozostawi jakieś piętno… Chociażby wieczny strach rodziców czy to na pewno koniec czy na pewno nie wróci… Nie wróci, nie ma mowy. Teraz wiem na pewno. I choćby nie wiem co, nigdy przenigdy ta wredna małpa, nawet nie spojrzy na moją córkę!!!

Musiałaby przecież pokonać mnie, a ja znam jej sztuczki i będę zawsze o krok przed nią… Zawsze…